|
| |
 |
 |
 |
 |
 |
 |
 |
 |
 |
 |
 |
 |
| Moja
przygoda rajdowa nie trwała długo –
raptem kilka lat ścigania się na szutrowo-asfaltowych
drogach Polski i Europy. Nim po raz
pierwszy założyłem rajdowy kask, kilka
lat wcześniej omal nie tragicznie zakończyły
się moje próby latania na paralotni.
Po trzech miesiącach leżenia w szpitalu
i kolejnych dziewięciu miesiącach rehabilitacji
i chodzenia o kulach zrozumiałem, iż
powinienem szukać ekstremalnych doznań
raczej na ziemi i w czymś zdecydowanie
bezpiecznym. |
| Jak
pewnie każdego mężczyznę, od dziecka
pasjonowały mnie samochody. Pamiętam
z dzieciństwa, przez mgłę, jak z rodzicami
oglądałem Sobiesława Zasadę na ulicach
Gliwic, podczas Rajdu Polski. Wspomnienia
tamtych chwil, ciekawość i chyba potrzeba
wrażeń sprawiły, że pojechałem na mój
pierwszy rajd, nie w pełni zdając sobie
sprawę, z jakim to sportem rozpoczynam
mariaż. Miałem 26 lat, byłem piękny,
młody i bogaty, uważałem się za boga,
a wszystko na świecie było do zdobycia. |
| Początkiem
były popularne zabawy w ramach Konkursowej
Jazdy Samochodem (KJS – organizowane
przez Automobilklub Śląski), gdzie zdobywa
się punkty do licencji RII. Równocześnie,
jako dziennikarz, redaktor i wydawca,
dzięki uprzejmości nie żyjącego już
niestety Wiesława Najhajta, prezesa
stowarzyszenia Auto Klubu Dziennikarzy
Polskich, wielokrotnie przekraczałem
metę cyklu rajdów dziennikarskich. Po
uzyskaniu licencji R II celem stało
się ukończenie kilku rajdów okręgowych,
a uzyskana tą drogą licencja RI upoważniała
już do startów w Rajdowych Samochodowych
Mistrzostwach Polski. Naturalnym jej rozszerzeniem
była licencja międzynarodowa dająca
możliwość ścigania się w rajdach Mistrzostw
Europy. |
| Fascynujące
było wszystko: odcinki specjalne, treningi,
kolorowe rajdówki, deszczowe i nocne
dziesiątki kilometrów w największym
napięciu, interkomy, kombinezony, hotele
i podróże. Każdy rajd był inny – inni
ludzie, inne zakręty, inne samochody
i opony. Psuło się wszystko, nawet to,
co popsuć teoretycznie się nie mogło.
Były zaliczone rowy, skasowane drzewa
i potrąceni kibice. Jeden z pilotów
miał słaby wzrok i nie widział nocą,
inny bał się zjeżdżać za szybko z góry.
Wrażenia goniły wrażenia. |
| Trudno
jest w kilku słowach napisać o kilku
latach. Część emocji przedstawiają prezentowane
fotografie. Czasem, w pojedynczych wierszach,
jakieś słowa mówią więcej. Rajdy samochodowe
przewróciły mój świat do góry nogami
– i to było błędem. Ale także i przede
wszystkim były przygodą wartą wspomnień.
Gdy siedzi się za kierownicą rozpędzonego
samochodu rajdowego, można życie stracić
i je ocalić w jedną sekundę. Chodzi
się po cienkiej krawędzi każdej możliwości.
Rajdy uczą podejmowania decyzji i reagowania
na problemy. Dziś, gdy mija dziesięć
lat od tamtych wydarzeń, widzę, że życie
jest podobne do odcinka specjalnego:
jest start i meta, są zakręty, szykany,
pod górkę i z górki. Czasem pilot ma
słabszy dzień, a czasem kierowca. Są
awarie, wypadki i serwisy pełne części
zamiennych. Jest wolniej i szybciej,
są dziury na drodze, wertepy, szuter,
błoto i kamienie, są długie proste i
sekwencje trudnych zakrętów przejeżdżane
na różnych biegach. Czasem z trasy się
wypada, by na nią wrócić. Gubi się też
drogę. |
|
|
 |
|
|
| |
|
|
|
|
| |
|