"... poeci, malarze, - całe to dziwaczne
towarzystwo nie jest może tak
bardzo potrzebne. Ale usuńcie ich,
a zobaczycie, że w swych domach,
miastach, krajach, będziecie się czuć tak,
jakbyście usunęli śmieciarzy ..."

175322
 
 
Moja przygoda rajdowa nie trwała długo – raptem kilka lat ścigania się na szutrowo-asfaltowych drogach Polski i Europy. Nim po raz pierwszy założyłem rajdowy kask, kilka lat wcześniej omal nie tragicznie zakończyły się moje próby latania na paralotni. Po trzech miesiącach leżenia w szpitalu i kolejnych dziewięciu miesiącach rehabilitacji i chodzenia o kulach zrozumiałem, iż powinienem szukać ekstremalnych doznań raczej na ziemi i w czymś zdecydowanie bezpiecznym.
Jak pewnie każdego mężczyznę, od dziecka pasjonowały mnie samochody. Pamiętam z dzieciństwa, przez mgłę, jak z rodzicami oglądałem Sobiesława Zasadę na ulicach Gliwic, podczas Rajdu Polski. Wspomnienia tamtych chwil, ciekawość i chyba potrzeba wrażeń sprawiły, że pojechałem na mój pierwszy rajd, nie w pełni zdając sobie sprawę, z jakim to sportem rozpoczynam mariaż. Miałem 26 lat, byłem piękny, młody i bogaty, uważałem się za boga, a wszystko na świecie było do zdobycia.
Początkiem były popularne zabawy w ramach Konkursowej Jazdy Samochodem (KJS – organizowane przez Automobilklub Śląski), gdzie zdobywa się punkty do licencji RII. Równocześnie, jako dziennikarz, redaktor i wydawca, dzięki uprzejmości nie żyjącego już niestety Wiesława Najhajta, prezesa stowarzyszenia Auto Klubu Dziennikarzy Polskich, wielokrotnie przekraczałem metę cyklu rajdów dziennikarskich. Po uzyskaniu licencji R II celem stało się ukończenie kilku rajdów okręgowych, a uzyskana tą drogą licencja RI upoważniała już do startów w Rajdowych Samochodowych Mistrzostwach Polski. Naturalnym jej rozszerzeniem była licencja międzynarodowa dająca możliwość ścigania się w rajdach Mistrzostw Europy.
Fascynujące było wszystko: odcinki specjalne, treningi, kolorowe rajdówki, deszczowe i nocne dziesiątki kilometrów w największym napięciu, interkomy, kombinezony, hotele i podróże. Każdy rajd był inny – inni ludzie, inne zakręty, inne samochody i opony. Psuło się wszystko, nawet to, co popsuć teoretycznie się nie mogło. Były zaliczone rowy, skasowane drzewa i potrąceni kibice. Jeden z pilotów miał słaby wzrok i nie widział nocą, inny bał się zjeżdżać za szybko z góry. Wrażenia goniły wrażenia.
Trudno jest w kilku słowach napisać o kilku latach. Część emocji przedstawiają prezentowane fotografie. Czasem, w pojedynczych wierszach, jakieś słowa mówią więcej. Rajdy samochodowe przewróciły mój świat do góry nogami – i to było błędem. Ale także i przede wszystkim były przygodą wartą wspomnień. Gdy siedzi się za kierownicą rozpędzonego samochodu rajdowego, można życie stracić i je ocalić w jedną sekundę. Chodzi się po cienkiej krawędzi każdej możliwości. Rajdy uczą podejmowania decyzji i reagowania na problemy. Dziś, gdy mija dziesięć lat od tamtych wydarzeń, widzę, że życie jest podobne do odcinka specjalnego: jest start i meta, są zakręty, szykany, pod górkę i z górki. Czasem pilot ma słabszy dzień, a czasem kierowca. Są awarie, wypadki i serwisy pełne części zamiennych. Jest wolniej i szybciej, są dziury na drodze, wertepy, szuter, błoto i kamienie, są długie proste i sekwencje trudnych zakrętów przejeżdżane na różnych biegach. Czasem z trasy się wypada, by na nią wrócić. Gubi się też drogę.
   
 
<<   :: strona główna :: szuflada pisania :: regały hobby :: magazyn rajdów :: azymuty podróży :: kalejdoskop fotografii :: kroniki zaprzeszłe :: widoki domu :: szpalty gazet :: torba wrażeń :: kobiety tajemnic :: światła w tunelu ::   >>
  aktualizacje  
  copyright © maciej kalarus,  created by netus.pl